Dlaczego tak trudno zawojować ekstraklasę

Miedź Legnica miała być silnym, stabilnym beniaminkiem, który zostanie w lidze na lata. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują jednak, że spadnie po pierwszym sezonie w ekstraklasie. Po raz kolejny w tym wieku okazuje się, że ekstraklasa jest silniejsza niż się o niej myśli. Nie silniejsza w skali Europy, ale silniejsza w skali Polski. Ponad połowa absolutnych beniaminków w XXI wieku opuszczała ekstraklasę po debiutanckim sezonie. Wszystkie spadały w obrębie pierwszych pięciu sezonów. Po spadku stabilną pozycję w elicie zdołali uzyskać tylko dwaj. Zawojować ekstraklasę, wbrew pozorom, naprawdę nie jest łatwo.

Popularne marudzenia

Gdy trwają marudzenia na poziom ligi, padają często różnego rodzaju odważne postulaty. „Grajmy młodymi“ (przykład, że tak nie jest: Górnik Zabrze, jesień 2018). „Grajmy chłopakami z I ligi, na pewno nie będą słabsi niż ci z ekstraklasy“ (przykład, że tak nie jest: Śląsk Wrocław 2018/2019), „Postawmy na trenerów z I ligi, na pewno nie będa słabsi niż ci z karuzeli“ (przykład, że tak nie jest: Arka 2018/2019, Cracovia 2014/2015). Po obejrzeniu emocjonującego spotkania w II-III lidze mówi się, że dany mecz spokojnie mógłby się odbyć w ekstraklasie. A gdy jakiś I-ligowiec świetnie radzi sobie w Pucharze Polski, od razu widzi się go jako rewelację ekstraklasy i traktuje jako dowód na to, że różnica między ligami nie jest za duża.

To tak nie działa.

Beniaminek na solidnych podstawach, który z Pucharu Polski wyrzucił mistrza kraju i zatrzymał się dopiero w półfinale, nieznacznie przegrywając z czołową drużyną ekstraklasy, zachwycając całą Polskę odważnym stylem, mający wypracowane schematy i charakterystyczną politykę transferową, a do tego trenera przebijającego się z niższych lig i prezesa umiejącego opowiadać, jak się pracuje w danym klubie. Raków Częstochowa 2019? Nie, Podbeskidzie Bielsko-Biała 2011. Trudno w to dziś uwierzyć, ale tak było witane w 2011 roku w ekstraklasie Podbeskidzie Bielsko-Biała.

Atrakcyjny beniaminek

Miałem przyjemność przyglądać się cyklowi życia absolutnego beniaminka przez kilka lat. Podbeskidzie miało wszystko (oprócz stadionu), by okrzyknąć je klubem, który wniesie coś pozytywnego do ligi. Do ekstraklasy się nie wślizgnęło, tylko weszło z drzwiami, trzymając się w prowadzącej dwójce od początku sezonu do końca, razy gromiąc rywali na wyjazdach pięcioma bramkami, zdobywając mniej więcej tyle samo punktów, co dziś Raków Częstochowa oraz ŁKS i tak jak one, zapewniając sobie awans na parę tygodni przed końcem sezonu. Rozgłos zdobyło jednak w Pucharze Polski, gdy przyjechało do Krakowa na mecz z Wisłą Roberta Maaskanta, zmierzającą po mistrzostwo Polski i grało na jej stadionie atakiem pozycyjnym, oddając strzał za strzałem, dominując i zasłużenie wygrywając. Podbeskidzie później jeszcze wielokrotnie wygrywało z Wisłą przy Reymonta, ale już nigdy później w taki sposób. Tak samo grało rundę później z urzędującym mistrzem Lechem, remisując w Poznaniu i u siebie długo prowadząc dwiema bramkami. Podbeskidzie Roberta Kasperczyka było machiną oblężniczą, umiejącą budować ataki pozycyjne, dobrze czującą się w prowadzeniu gry. Były wszelkie powody do zachwytów.

Barwny trener

Sam trener także nadawał się idealnie na trenera atrakcyjnego beniaminka. Przebijał się z niższych lig. Poznał wszystkie strony zawodu. Szkolił młodzież w Hutniku Kraków. Zmagał się z problemami finansowymi w Górniku Wieliczka i KSZO Ostrowiec Świętokrzyski. Pracę w Bielsku-Białej traktował nie jak zesłanie, a jak życiową szansę. Został wypatrzony nie dlatego, że robił w poprzednim miejscu pracy szczególnie dobre wyniki, ale dlatego, że zaimponował prezesowi charakterystycznym stylem gry. O piłce potrafił opowiadać barwnie. Na każdą okoliczność miał cytat z Marka Hłaski, swojego ulubionego pisarza.

Sprawny prezes

Nie byłoby go jednak w klubie, gdyby nie prezes. Działacz z wizją. Spoza środowiska piłkarskiego. Nieuwikłany w układy. Wiedzący, czego chce i dokąd zmierza. Wymyślił sobie trenera bez nazwiska, bo w jakiś sposób mu zaimponował. Po pierwszej nieudanej rundzie, gdy kibice obrzucali trenera plastikowymi kubeczkami, nie zwolnił go, tylko pozwolił pracować dalej. Po trupach, odwołując posiedzenie zarządu, podczas którego miało dojść do głosowania w sprawie przyszłości trenera. Wiedział, że by to głosowanie przegrał. I wiedział, że dla dobra klubu nie mógł przegrać. Także potrafił o tym wszystkim opowiadać. Wiedział, jak działają media, więc dla każdego miał jakiś bon mot.

Bełchatowska lekcja

Macie prawo zupełnie takiego Podbeskidzia nie pamiętać, bo w ekstraklasie takiego Podbeskidzia niemal zupełnie nie było. W drugiej kolejce sezonu przyszło zderzenie tak bolesne, jakiego nie przeżył nikt inny. Ale z perspektywy czasu tylko dzięki takiemu zderzeniu bielszczanie przetrwali w ekstraklasie najdłużej ze wszystkich absolutnych beniaminków w tym stuleciu. Podbeskidzie pojechało do Bełchatowa i czuło się tam faworytem. Mecze z Wisłą i Lechem sprawiły, że absolutnie nikt nie obawiał się „jakiegoś“ Bełchatowa. Kasperczyk nakazał przy rzutach rożnych dla rywali zostawać na połowie boiska aż trzem zawodnikom, by po przejęciu piłki mieć przewagę liczebną w kontratakach. Efekt: cztery stracone gole po rzutach rożnych, porażka 0:6. Podbeskidzie zastosowało środki, które w I lidze pewnie przyniosłyby rezultat. W I lidze rzutów rożnych nie bił jednak Kamil Kosowski.

Mądrość trenera

Najlepiej wspominam okres Kasperczyka przed awansem, ale najbardziej zaimponował mi po meczu w Bełchatowie, gdy błyskawicznie jako pierwszy zrozumiał, że w ekstraklasie nie da się grać tak, jak planował. Potrafił zanegować swoje ideały, porzucić to, czego uczył zespół przez poprzednie półtora roku, schował w kieszeń typowo krakowską chęć ładnego rozgrywania i skupił się na robieniu punktów. Podbeskidzia przez następne pare lat już nikt nigdy nie pochwalił i nie powiedział, że cokolwiek wnosi do ligi. Ale jednocześnie Podbeskidzie ani przez moment w tamtym sezonie nie znalazło się w gronie zagrożonych degradacją, a Kasperczykowi ani przez moment nie groziła utrata pracy. Jestem absolutnie przekonany, że gdyby po Bełchatowie próbował dalej grać tak, jak w I lidze i w Pucharze Polski, Podbeskidzie by spadło. Chyba że odpowiednio szybko zwolniłoby Kasperczyka i zatrudniło kogoś, kto skupiłby się na robieniu punktów.

Rozkład w gabinetach

To było na boisku. Równolegle trwał rozkład klubu na wszelkich szczeblach. Wieloletni pracownicy, związani z klubem przez całe I-ligowe czasy, odchodzili, bo nagle pojawiła się potrzeba profesjonalizacji wszystkich działów. Zgrane duety działaczy, które wcześniej świetnie się uzupełniały, nagle nie mogły się dogadać. Dochodziło do tarć i przepychanek o władzę. O wpływy. O to, kto miał większe zasługi przy awansie. Kto stał bliżej środka sceny na fecie, kto dopchał się do barierki w otwartym autobusie. Kto kogo pochwalił w wywiadzie. Kto jest uznawany za ojca sukcesu. Nagle transfery przestały być trafione. Nagle zgraja tych ukochanych przez całe miasto piłkarzy zaczęła się kłócić o pieniądze. Nagle odchodzili zawodnicy, którzy powinni byli zostać, a zostawali ci, którzy powinni byli odejść. Gdy słyszę powiedzenie „wyrwać klęskę z paszczy zwycięstwa“, mam przed oczami jesień 2011 w Bielsku-Białej. Rozumiem też, dlaczego powtarza się, że największe błędy robi się w czasach prosperity.

Grzechy niecieczańskie

Podbeskidzie można by potraktować jako jednostkowy przypadek, ale jestem przekonany, że ktoś będący bliżej, mógłby opowiedzieć bardzo podobne historie o innych klubach, które wchodziły do ekstraklasy. Bo ja podobieństwa widzę nawet z pewnego dystansu. Na przykład w Niecieczy, która gdy pojawiała się w lidze, była fenomenem. Podkreślano zaangażowanie państwa Witkowskich. Chwalono za inwestowanie prywatnych pieniędzy, za zbudowanie stadionu i bazy treningowej, za pracę u postaw. Trzy lata później ganiono ich za mieszanie się trenerom do pracy, rychłe zwalnianie ich, kupowanie zawodników bez wiedzy trenera i dyrektora sportowego, z polecenia członków rodziny, za umieszczanie w sztabach szkoleniowych innych członków rodziny, przeprowadzanie złych transferów. A przecież państwo Witkowscy mieli te same wady i zalety, gdy ich drużyna wchodziła do ekstraklasy. Zmieniało się tylko ich postrzeganie.

Nauka Mandrysza

Embed from Getty Images

Z drużyną było zresztą podobnie. Za czasów Piotra Mandrysza osiągnęła awans pewnie, grając ładną piłkę, nie bojąc się rozgrywać od tyłu. W ekstraklasie rozegrała w ten sposób parę meczów, zbierając zasłużone pochwały. W większości spotkań jednak, zwłaszcza w rundzie wiosennej, przeszła na antyfutbol i ciułanie punktów z Bogiem lub choćby mimo Boga, co dało ostatecznie utrzymanie. Nie byłoby jednak na nie szans, gdyby w sierpniu, pod koniec okna transferowego, nie zorientowano się, że składem, który awansował do ekstraklasy, Bruk-Bet spadnie z hukiem. Historia trzech lat pobytu Termaliki w ekstraklasie to również historia niespełnionych oczekiwań. Klub, który na początku witano jako powiew świeżości w lidze, żegnano jako siedlisko polskich piłkarskich patologii.

Legnicka analogia

Embed from Getty Images

Miedź była bardzo podobną historią. Też wyglądała na atrakcyjnego beniaminka. Też miała prywatnego właściciela, który próbował dostać się do ligi przez wiele lat, a udało mu się, dopiero gdy postawił na trenera spoza karuzeli, znanego z pracy w trudnych warunkach polski Biedroniowej. Podpisano z nim kontrakt na pięć lat. Podkreślano, jak poprawiono szkolenie młodzieży i jak odważnie się gra w piłkę. Legniczanie też się jednak w którymś momencie zorientowali, że tak się nie da w ekstraklasie grać składem, którym awansowali. Naściągali zgraję Hiszpanów, którzy zapewnili parę punktów. Dominik Nowak też jednak w którymś momencie włączył tryb antyfutbol i dzięki temu przetrwał końcówkę jesieni. Co ostatecznie w niczym nie pomoże i Miedź po roku wróci do I ligi.

Wyjątkowa Sandecja

Embed from Getty Images

Spośród współczesnych absolutnych beniaminków była jeszcze niedawno Sandecja Nowy Sącz, która także przetrwała w ekstraklasie ledwie rok. Jej przypadek był jednak zupełnie inny, bo nawet w momencie awansu nie dało się jej przedstawić jako przemyślanego, spójnego projektu, który zmierza w jakimś dającym się przewidzieć kierunku. Dla wszystkich, oprócz lokalnego środowiska nowosądeckiego, było od początku jasne, że to awans zbudowany jednoosobowo przez trenera Radosława Mroczkowskiego i że ekstraklasowa Sandecja będzie trwała tak długo, jak długo przetrwa w niej Mroczkowski. Konieczność gry poza własnym stadionem przyczyniła się do tego, że nie przetrwał za długo. W I lidze Sandecja potrafiła grać atrakcyjną, techniczną piłkę. Po awansie potrafiła już tylko bić się o punkty łokciami.

Korona też zawiodła

Embed from Getty Images

Pozostali absolutni beniamikowie to już prehistoria i to jeszcze z czasów przeżartych korupcją, więc trudno dokładnie analizować ich przypadki. Górnik Polkowice, Świt Nowy Dwór Mazowiecki, Szczakowianka Jaworzno i RKS Radomsko opuszczały ligę po ledwie roku. Górnik Łęczna przetrwał dłużej, ale też zleciał ze względu na korupcję. Piast Gliwice w momencie awansu uchodził za beniaminka w stylu Sandecji — bez stadionu, bez szczególnej wizji i bez możliwości wniesienia czegokolwiek. Wtedy była to prawda. Dopiero spadek i powrót z Marcinem Broszem na nowym stadionie pozwoliły zapoczątkować złote czasy gliwickiej piłki, które mogą zostać ukoronowane w tym sezonie. Z odległych lat jeszcze chyba tylko Koronę Kielce witano czerwonym dywanem, opisywano historię Krzysztofa Klickiego i jego zaangażowania w futbol, podkreślano, że klub ma bogatego sponsora, jako pierwszy miał nowoczesny stadion. I tam jednak czar prysł, gdy kielczan zdegradowano za korupcję. Wrócili do ligi i stali się jej ważną częścią, ale już nigdy później nie traktowano ich jako wartość dodaną dla całej ekstraklasy i możliwą nową siłę ligi. Raczej jako dyżurnego kandydata do spadku.

Siła środowiska

Jeśli jakiś beniaminek ma zawojować ekstraklasę, zwykle jest to zespół wracający do ligi po krótkiej przerwie. Jak Górnik Zabrze, Cracovia, Zagłębie Lubin. Jeśli ma to zrobić absolutny beniaminek, to zwykle nie za pierwszym razem. Pierwszy awans zwykle służy temu, by na błędach nauczyć się ekstraklasy, spaść i dopiero po powrocie naprawdę zacząć coś znaczyć. Gra w ekstraklasie to nie tylko boisko, ale też transfery, umiejętność obchodzenia się z większymi pieniędzmi, z medialnym zainteresowaniem, z marketingiem, koniecznością zwiększenia zatrudnienia w klubie. Ekstraklasy uczą się wszystkie działy. Także szef marketingu, rzecznik prasowy, biuro prasowe, wiceprezesi oraz skauci. Klub długo grający w ekstraklasie ma przewagę na wszystkich szczeblach. Jego trenerzy młodzieży mają kontakt z najlepszymi trenerami w Polsce, bo ci zaczynają przyjmować oferty z klubu. Miejscowi asystenci podglądają czołowych trenerów i sami się uczą. Prezesi rozmawiają z prezesami innych dużych klubów. Dobrzy zawodnicy zaczynają bardziej ufnie patrzeć na klub, który w lidze gra przez wiele lat, niż na ten, który tylko na chwilę się w niej pojawia. Lokalni juniorzy chętniej przechodzą do szkółki klubu ekstraklasowego niż I-ligowego. Klubom ekstraklasowym, co by o nich nie mówić, zwykle udaje się zbudować  strukturę. I całe środowisko ludzi wiedzących, jak to się robi w ekstraklasie. Co pozwala takiemu Górnikowi po spadkach z hukiem pozbierać się w ciągu kilku miesięcy i wygrać I ligę. Na miejscu są bowiem zawsze ludzie, którzy wiedzą, co trzeba robić.

Ciszej nad Rakowem

Dlatego ostrożnie podchodzę do zachwytów, które aktualnie odbywają się nad Rakowem Częstochowa. Teoretycznie nie jest to absolutny beniaminek, ale jako że w ekstraklasie nie było go od ponad dwóch dekad, tak trzeba go traktować. Ludzie z Częstochowy będą musieli nauczyć się ekstraklasy i będą narażeni na wszystkie mechanizmy, które rozłożyły już w ostatnich latach im podobnych poprzedników. Aktualnie z rozmów z nimi bije przekonanie, że pewne rzeczy robią lepiej niż reszta Polski. Że wynaleźli koło na nowo. Że do ekstraklasy wniosą świeżość. I że to oni będą pokazywać, a nie podpatrywać. Trener Marek Papszun nie zdążył w ekstraklasie poprowadzić ani jednego meczu, a już był wymieniany w kontekście Legii i Lecha, podczas gdy zwykle nie przymierza się do tych klubów Waldemara Fornalika (bo smutny, nie poradził sobie z kadrą i radzi sobie tylko na Śląsku), Piotra Stokowca (bo rudy i konfliktowy) czy Michała Probierza (bo wariat i ciągle gada o szkoleniu), którzy od lat w ekstraklasie udowadniają klasę. Znajmy proporcje. Papszun na razie pewnie wygrał I ligę, dobrze zaprezentował się w Pucharze Polski i świetnie wypada w wywiadach. To dobrze rokuje. Na razie tylko tyle i aż tyle.

Trudność ekstraklasy

Każdemu I-ligowcowi po awansie należy zadać jedno bardzo ważne pytanie: „Czy potrafiłby to zrobić w deszczowe popołudnie w Stoke“? Dla I-ligowca mecz dalszej rundy Pucharu Polski to spotkanie dekady, dla klubu z ekstraklasy niechciany przerywnik w środku tygodnia na końcu Polski. Wyzwaniem gry w ekstraklasie nie jest konieczność pojechania na Łazienkowską czy na Bułgarską, ale ogrania w grudniu na pustym stadionie w Sosnowcu Korony Kielce, skupienia się na piłce, gdy do nozdrzy wdziera się zapach grillowanych kiełbasek w Płocku i zachowania koncentracji w lutym na pustym 40-tysięczniku we Wrocławiu przy minus dziesięciu stopniach. Trudność ekstraklasy to nie konieczność zatrzymania Carlitosa, a obronienie się przed wrzutami z autu drużyn Leszka Ojrzyńskiego.

Problem z infrastrukturą

Trudność to też fakt, że liga to 37 meczów, nie jeden. Entuzjazmu nie da się w nikim utrzymać przez dziesięć miesięcy. A bez entuzjazmu ci cudowni beniaminkowie zmieniają się w zwykłe, szare, polskie ligowe drużyny z Michałem Gliwą na bramce, Piotrem Malinowskim na skrzydle i Szymonem Lewickim w ataku. Dodatkowa trudność to konieczność gry przez cały sezon na wyjeździe, a taki scenariusz szykuje się w przypadku Rakowa. Oczywiście, dzisiaj mówi się, że stadion może być gotowy pod koniec jesieni, ale takie cuda nawet pod Jasną Górą się nie zdarzają. Budowa każdego stadionu w Polsce trwa, przede wszystkim ze względu na formalności. Opieranie się na Niecieczy jest niedorzeczne, bo tam państwo Witkowscy mogli sobie postawić, co chcą, gdzie chcą i kiedy chcą. Żaden klub w żadnym mieście nie ma takiej swobody działania.

Medialne laurki

Swoje robi też polska rzeczywistość medialna. O I lidze, jako całości, nie pisze regularnie i szczegółowo praktycznie żadne ogólnopolskie medium. Płatna telewizja transmituje dwa z dziewięciu meczów w kolejce, a jej komentatorzy i eksperci rzadko sprawiają wrażenie dobrze zorientowanych, co się dzieje w lidze. W momencie, gdy I-ligowiec wchodzi do ligi, dziennikarze wiedzą o nim stosunkowo niewiele. Jadą więc na miejsce, rozmawiają z prezesem i trenerem, albo dyrektorem sportowym. Jeśli ich słowa brzmią względnie sensownie, powstaje laurka. Jako że nagle w ekstraklasie dziennikarzy zaczyna się pojawiać w klubie całkiem sporo, pojawia się laudacja za laudacją. Kibice chcą w nie wierzyć, bo są zmęczeni niskim poziomem ekstraklasy i wiecznie rozczarowującą Legią, która i tak zwykle wygrywa. Dlatego chcą jakiejkolwiek odmiany. Musi zwykle minąć trochę czasu, by wszyscy zorientowali się, kto rzeczywiście działa tak dobrze, jak mówi, a kto tylko sprawnie nawija makaron na uszy.

Krok po kroku

Doceniając więc sposób, w jaki Raków został postawiony na nogi, jestem sceptyczny co do tego podbijania ekstraklasy w następnym sezonie. Sensowna kolejność w przypadku tego rodzaju beniaminka to najpierw nastawić się na trudną walkę o przetrwanie, nie myśleć nawet o górnej ósemce, tylko założyć, że od pierwszej kolejki trzeba ciułać punkty i odetchnąć, dopiero gdy będzie się ich miało czterdzieści. Na styl i wpajanie swojej wizji futbolu przyjdzie czas w drugim czy trzecim sezonie, gdy cały klub będzie już przystosowany do ekstraklasy, stadion zbudowany, a dobrzy zawodnicy trochę bardziej zaufają, że to odpowiednie miejsce do kontynuowania kariery. Ten drugi krok jest konieczny. O ile po bełchatowskiej klęsce, nastawienie na antyfutbol pozwoliło Podbeskidziu przetrwać pierwszy sezon, o tyle nastawianie na antyfutbol w każdym kolejnym sezonie gry w ekstraklasie, w końcu doprowadziło do spadku.

Podziel się wpisem: