Dlaczego nie żyjemy w epoce Realu Zidane’a

Dość niepostrzeżenie, czasy, w których Real Madryt sześć razy z rzędu nie mógł przebrnąć 1/8 finału Ligi Mistrzów, a tego trofeum nie był w stanie zdobyć przez dwanaście lat, zmieniły się w absolutną hegemonię Królewskich. W ostatnich siedmiu latach Real zawsze dochodził do najlepszej czwórki elitarnych rozgrywek, cechujących się większą niż gdziekolwiek indziej rotacją na szczytach, a w ostatnich czterech sezonach, trzy razy wygrał. Jako pierwszy obronił też trofeum, co skłoniło wielu do obwieszczenia, że żyjemy w erze wielkiego Realu, jak żyliśmy w erze wielkiej Barcelony. Patrząc na uginającą się półkę z trofeami pewnie tak jest. Ale o ile świetna, pragmatyczna gra zwykle wystarcza do zdobywania trofeów, zwykle nie wystarcza do stworzenia ery, epoki, przejścia do grona drużyn powszechnie uznawanych za najlepsze w historii futbolu.

 Debata o Zinedinie Zidanie trwa przynajmniej od roku, a z każdym trofeum zdobytym przez Francuza się nasila. Coraz więcej osób przyznaje się do tego, że nadal właściwie nie wie, jakim Zidane jest trenerem. Patrząc na życiorys, już jednym z absolutnie najlepszych w historii futbolu. Dołączając do tego boiskowe trofea Zidane’a, okaże się, że spośród najlepszych piłkarzy w historii świata, tylko Johan Cruyff i Franz Beckenbauer osiągnęli tyle, ile Francuz. Mimo to, to nadal nie można mieć stuprocentowej pewności, czy prezesi przykładowego Stoke City, mając możliwość zatrudnienia Zidane’a, zdecydowaliby się na to, choć pewnie przy nazwiskach Mourinho czy Guardioli by się nie zastanawiali, tylko korzystali z okazji. O ile do wygrywania czasem wystarczy, że trener nie robi nic, o tyle do ustanawiania er i zdobywania powszechnego uznania, potrzeba zwykle wyraźnego rysu, charakterystyki zespołu. Stylu. Wbrew często powtarzanemu stwierdzeniu, to nie o stylu ludzie szybko zapominają, a o wynikach. Styl nie jest potrzebny, by wygrywać, ale jest potrzebny, by być pamiętanym.

 Gdyby spróbować przywołać największe drużyny, z największymi trenerami w historii futbolu, zwykle znajdują się tam ci, którzy próbowali odcisnąć piętno na całej dyscyplinie. Arsenal Herberta Chapmana, węgierska Złota Jedenastka Gustava Sebesa, Benfica Beli Guttmanna, zespoły Helenia Herrery, holenderski futbol totalny Rinusa Michelsa, Milan Arrigo Sacchiego, Dynamo Kijów Walerego Łobanowskiego, Dream Team Cruyffa czy Barcelona Guardioli to zespoły, które większość wyrobionych fanów futbolu wskaże jako niezapomniane, niezwykłe. Kamienie milowe w rozwoju dyscypliny. Łączy je to, że każda miała ambicję nie tylko wygrywać, ale też stworzyć pewien uniwersalny model wygrywania. Stanowiły holistyczny obraz świata. Miały proroka, nauczyciela, którzy rzucał ludziom piłkę i uczył ich od nowa, co się z nią robi. Zadaniem zawodników nie było tylko wyjście na boisko i wygranie meczu, jak u Vicenta Del Bosquego, Carla Ancelottiego czy dzisiaj Zidane’a. Zadaniem zawodników było wyjście na boisko i wygranie w określony sposób. Zależnie od aktualnego wcielenia, albo poprzez kompletną kontrolę nad piłką, albo nad przestrzenią. Każda z tych drużyn tworzyła nowe ustawienia (WM), nowe pozycje (fałszywy napastnik), nowe sposoby gry (czwórka w linii), które wkrótce rozprzestrzeniały się na cały świat futbolu i odciskały na nim piętno. Wielkie drużyny, które wygrywały wiele, jak Real Madryt lat 50. czy Bayern Monachium lat 70. pamięta się. Nie pamięta się ich trenerów. Przeszły do historii jako „Real Di Stefano” czy „Bayern Beckenbauera”. Są wszelkie podstawy, by sądzić, że aktualny hegemon przejdzie do historii jako „Real Ronaldo”, a nie „Real Zidane’a”

 Beckenbauer wydaje mi się tu dobrym przykładem tego, co może czekać Zidane’a. Wyobrażam sobie, że w czasach, w których prowadził reprezentację Niemiec, większość miała wobec niego podobne odczucia. Wybitny piłkarz, który nie do końca wiadomo, jakim jest trenerem. Zdobył mistrzostwo świata i jako zawodnik i jako trener, wygrywał Złotą Piłkę, teoretycznie zasługuje na miejsce wśród najważniejszych postaci w historii futbolu. Ale jeśli nawet je ma, to przede wszystkim za to, jakim był piłkarzem. Trenera Beckenbauera nikt o zdrowych zmysłach nie nazwałby jednym z najlepszych w dziejach piłki. Chociaż wyniki by na to wskazywały. Za większego uznaje się nawet w Niemczech Seppa Herbergera, który nie tylko wygrał mistrzostwo świata, ale jeszcze ukształtował sposób, w jaki pokolenia Niemców myślały o piłce.

 Z tego względu nie wydaje mi się, byśmy żyli aktualnie w epoce Realu. I nie wydaje mi się, byśmy kiedykolwiek dożyli ery trenera Zidane’a i wymieniali go jako jednego z najlepszych w historii. Wygrywanie w futbolu nie wymaga wielkiej ideologii. Wystarczy wybrać najlepszych zawodników, ustawić ich w zależności od potrzeb i wygrać. Bardzo często wpływ trenera na wyniki jest przeceniany, a lepsze rezultaty osiągają po prostu ci, którzy mają lepszych piłkarzy. Tworzenie umownych er w futbolu wielkich ideologii jednak wymaga. Będziemy żyli w czasach Realu Zidane’a nie wtedy, kiedy Królewscy wygrają kolejne trofeum, ale gdy dzieci od Kapsztadu po Chabarowsk będą starały się odwzorowywać sposób gry Realu Zidane’a. Było dla mnie szokiem kulturowym, gdy kilka lat temu, przyuważyłem jak dzieci na orlikach wznawiają grę krótkim podaniem od bramkarza do schodzącego niżej pomocnika, krótko wykonują rzuty rożne i starają się wymieniać dużo podań po ziemi, długo budjąc akcje. Za moich czasów wszyscy wściekle biegaliśmy i uwielbialiśmy szybkie kontrataki. Ja byłem dzieckiem epoki przed Barceloną Guardioli, oni byli dziećmi z tej właśnie epoki. Real jest wielki, gra niesamowicie, potrafi i grać atakiem pozycyjnym i niesamowicie kontratakować, Zidane świetnie zarządza szatnią, niewątpliwie jest dobrym trenerem. Ale nie żyjemy w jego erze. Żyjemy w czasach przejściowych – postbarcelońskich – i oczekujemy następnej fascynującej drużyny, która może będzie wygrywać mniej niż obecny Real, ale za to będzie to robić w sposób, jakiego jeszcze nigdy nie widzieliśmy. Dopiero to będzie wejściem w nową epokę.

Podziel się wpisem: