Dlaczego Bundesliga

To nie jest merytoryczna zapowiedź sezonu. Po analizę szans konkretnych drużyn odsyłam TUTAJ. To próba wyjaśnienia, dlaczego dla mnie akurat Bundesliga jest najlepszą z lig zagranicznych.

Nie jestem z tych, którzy zainteresowanie Bundesligą wyssali z mlekiem matki. Nie biegałem po podwórku w koszulce Giovanego Elbera ani Carstena Janckera (tylko Patricka Kluiverta). Irytowałem się, gdy Bayern Monachium wygrał z Walencją finał Ligi Mistrzów. Nie cierpiałem Olivera Kahna. Wolałem Francesco Toldo. Nie mam na łydce wytatuowanego herbu VfB Stuttgart (kolega ma). Wolałem Fernanda Morientesa od Roya Makaaya. Jako dziecko kibicowałem Barcelonie, bo grał tam Kluivert. Ligi zagraniczne chłonąłem u dziadków, bo w domu nie miałem, we wszelkiej postaci – owszem, oglądałem RAN na Sat1, co było moim pierwszym kontaktem z Bundesligą, ale oglądałem też ligi hiszpańską, angielską, włoską, a nawet francuską (Alexander Frei w Stade Rennes czy Djibril Cisse w Auxerre). Nie byłem wybredny. Taki stan utrzymał się naprawdę długo. W 2008 roku, w początkach prowadzenia tego bloga, więcej niż o niemieckiej piłce, pisałem o angielskiej. W liceum każdy niedzielny wieczór spędzałem przy transmisjach ligi francuskiej w Orange Sport.

Bundesliga przyszła do mnie, jakkolwiek mało romantycznie to zabrzmi, z czystej kalkulacji. Od dziecka chłonąłem germańską mowę. W gimnazjum całkiem nieźle ją sobie przyswoiłem. Od dziecka wiedziałem też, że chcę się zajmować futbolem jako dziennikarz sportowy. Co dało proste równanie: futbol+język niemiecki=liga niemiecka. Kalkulacja zdawała się nie mieć wad, bo wtedy miałem wrażenie, że w Bundeslidze zawsze będzie sporo polskich piłkarzy, co gwarantowało zainteresowanie Polaków, a więc także polskich mediów, tymi rozgrywkami. Zacząłem więc ze świadomego wyboru, niekoniecznie z fascynacji, czytać niemieckie media, częściej wybierać SC Freiburg – FSV Mainz niż Stoke – Burnley. Zainteresowanie Barceloną i tak straciłem, gdy zaczęła wygrywać.

Wybór studiów niemcoznawczych był elementem tej kalkulacji. Wtedy nadal jednak, pracując w Sporcie Śląskim, więcej czasu poświęcałem tułaniu się po całej Polsce za Podbeskidziem Bielsko-Biała niż oglądaniu Bundesligi. Jak jednak można się było spodziewać, liga niemiecka ostatecznie dała mi większe perspektywy zawodowe niż Podbeskidzie. Wyjeżdżając na Erasmusa do Norymbergi (bo jest tam klub z Bundesligi i redakcja “Kickera”), zgłosiłem się do “Przeglądu Sportowego”. Zgłaszałem się wcześniej wiele razy, bezskutecznie próbując zainteresować redakcję pisaniem o Podbeskidziu czy krakowskich klubach. Udało się dopiero, gdy była szansa, że będę tydzień w tydzień przesyłał korespondencje z Bundesligi. O niemieckiej piłce zacząłem w Przeglądzie pisać wcześniej niż o polskiej. Co utwierdziło mnie w przekonaniu, że wszystko dobrze sobie zaplanowałem.

Dopiero jako stary koń, już z legitymacją Przeglądu Sportowego w portfelu, zacząłem poznawać Bundesligę naprawdę z bliska. Wcześniej byłem z dziadkiem na meczu Bayernu z Wolfsburgiem (debiut Arjena Robbena!), ale nie zrobiło to na mnie większego wrażenia niż wizyty na meczach Chelsea – Hull czy Barcelona – Sevilla. Co innego jednak przyjechać raz, jako turysta, a co innego cały czas żyć tamtejszą kulturą piłkarską. “Kickerem”, w którym nad najdrobniejszą rubryką debatowało pół redakcji przez wiele godzin, “11 Freunde”, tak świetnym i tak niszowym, że na naszym rynku nie utrzymałoby się dłużej niż pół roku, tłumami na trybunach, dyskusjami w autobusach, całymi miasteczkami oglądającymi 2. Bundesligę w knajpach.

Całkiem przypadkiem, trafiłem na najlepszy czas na zakochanie się w Bundeslidze. Pierwszy sezon Pepa Guardioli w Bayernie, Toni Kroos jako piłkarz z innego świata, Timothy Chandler jako odkrycie, że prawy obrońca potrafi dośrodkować w pełnym biegu w pole karne, a nie, jak w Polsce, w trybuny. FSV Mainz Thomasa Tuchela, Borussia Juergena Kloppa, pierwsza w życiu rozmówka z Robertem Lewandowskim, którą niemal dokładnie pięć lat temu zadebiutowałem w Przeglądzie Sportowym, siedzenie do późnych wieczornych godzin w redakcji “Kickera”, tułanie się wszelkimi możliwymi sposobami, byle tylko zobaczyć SC Freiburg albo wracanie po nocach z Augsburga, słuchanie żartów Thomasa Muellera. Bundesliga już nigdy nie była dla mnie taka sama. Stała się ligą, którą czuję, a nie tylko oglądam.

Od tego czasu wiele razy wracałem do Niemiec. Zwiedziłem piłkarskie Zagłębie Ruhry. Tułałem się po Sankt Pauli. Poznałem Berlin. Odwiedziłem Wolfsburg. Z aktualnego składu Bundesligi byłem na piętnastu z osiemnastu stadionów. Czyli aktualną ligę niemiecką zjeździłem bardziej niż aktualną ekstraklasę.

W poprzednim sezonie przeżywałem jednak kryzys. Bundesliga zaczęła w niebezpiecznie wielu aspektach przypominać ekstraklasę. Wyniki stały się coraz bardziej przypadkowe. Coraz więcej drużyn zaczęło się zajmować głównie tym, by przeszkadzać rywalom. Poziom, co widać po europejskich pucharach, spadł, zamiast wzrastać. Moje teksty o lidze niemieckiej nie były już pełne zachwytów, jak dawniej, a coraz częściej pobrzmiewała w nich krytyka. Być może to oznaka starzenia, ale faktycznie byłem bardzo rozczarowany minionym sezonem. Krążyły mi po głowie myśli, by może mocniej zająć się pozostałymi ligami. Nie tylko w Bundeslidze potrafią przecież grać w piłkę.

Czarne myśli odgoniło moje majowe spotkanie z Jamesem Montaguem, dziennikarzem “New York Timesa”, który napisał książkę “Klub Miliarderów”. Spędziłem z nim ciekawą godzinę, rozmawiając o różnych ligach europejskich i światowych. Montague, Anglik, kibic West Hamu, który mieszka w Belgradzie i zjeździł pół świata, by zebrać materiały do swoich książek, nie mający żadnego emocjonalnego związku z Niemcami, stwierdził, że “Bundesliga daje najlepsze kibicowskie doświadczenie, jakie ma dziś do zaoferowania futbol”. Uzasadniał to nie tylko poziomem tamtejszej piłki, ale też atmosferą na stadionach, pełnym przekrojem społecznym na trybunach, szeroko pojętą kulturą piłkarską, frekwencją, cenami biletów, sposobem urządzenia tamtejszego futbolu. Jako człowiek, który widział kluby zrujnowane przez szemranych właścicieli z różnych stron świata, podkreślał, jak wielkim atutem Bundesligi jest reguła “50+1”, nie pozwalająca zewnętrznym inwestorom przejmować większościowych pakietów akcji. To owszem utrudnia zrobienie z Herthy BSC Paris Saint-Germain, ale też sprawia, że inteligentny, świadomy kibic, idąc na mecz w Berlinie, nie musi się zastanawiać, skąd pochodzą pieniądze na zakup nowego napastnika jego drużyny.

Można oczywiście nie zastanawiać się, skąd pochodzą fortuny oligarchów, po co amerykańskiemu miliarderowi dany klub, co chcą osiągnąć Chińczycy, kupujący akurat mój zespół i jaki interes polityczny ma rząd Kataru czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, by zainwestować w tym konkretnym miejscu. Można po prostu zajmować się piłką. Jednak jako osobie, która stara się patrzeć na piłkę szerzej niż tylko na kopanie kawałka skóry, jest mi łatwiej emocjonować się akurat Bundesligą, wiedząc, że zdecydowana większość jej klubów to taki sam element kultury kraju, jak katedra w Kolonii czy Marienplatz w Monachium. Czasem ten konserwatyzm może irytować, gdy protesty przeciwko meczom poniedziałkowym przybierają absurdalną skalę, ale w gruncie rzeczy stanowi dla Bundesligi dobrą ochronę. Liga angielska ma więcej pieniędzy, liga hiszpańska lepszych piłkarzy, liga włoska więcej Polaków, ale liga niemiecka, moim zdaniem, ma pełen pakiet – dobrych piłkarzy, trenerów, stadiony, kibiców, finanse – nie będąc przy tym plastikową i skomercjalizowaną ponad miarę. Bundesliga jest w każdym aspekcie w sam raz.

Od czasu tamtej rozmowy Tuchel, jeden z moich ulubionych trenerów, trafił do ligi francuskiej, Bundesliga spała na rynku transferowym, podczas gdy FIAT finansował gigantyczny transfer Cristiano Ronaldo do Juventusu, a bardziej niż o jego sportowej wartości mówiło się o marketingowym zysku. Everton kupował Richarlisona za większe pieniądze niż kiedykolwiek jakikolwiek niemiecki klub zapłacił za kogokolwiek. Kolejne włoskie kluby brały polskich piłkarzy. Ale mnie to już nie ruszało. Pojechałem do Berlina. Zobaczyłem, starą leśniczówkę, czyli siedzibę II-ligowego Unionu Berlin. Przyjrzałem się, ile osób jest na otwartym treningu Herthy, jednego z najmniej atrakcyjnych klubów Bundesligi. Napiłem się piwa, zjadłem Bratwursta, przeczytałem wszelkie możliwe zapowiedzi sezonu i… poczułem że już nie mogę się doczekać, aż znowu się zacznie. Na starcie nowego sezonu Bundesligi znów czuję autentyczną radość. I spokój. Niemiecki futbol jest na tyle dobrze zorganizowany, stoi na tak stabilnych fundamentach i jednocześnie jest ważny dla tak wielu osób, że zawsze, nawet po drobnych dołkach, się zregeneruje. Nie przez przypadek dziesięć lat po największej finansowej zapaści niemieckich klubów, nastąpił największy rozkwit Bundesligi w jej dziejach.

Te wpisy Cię zainteresują:

Podziel się wpisem: