Gorzki posmak chorwackiego sukcesu

W 2006 roku w oparach afery Calciopoli, Włosi zbudowali zespół na mistrzostwo świata. Gdyby w tym roku po tytuł sięgnęli Chorwaci, ich triumf miałby podobny smak.

Gdy kamera wyłapuje na trybunach Kolindę Grabar-Kitarović, trudno nie poczuć do chorwackiej prezydent sympatii. Jest uśmiechnięta, sprawia wrażenie autentycznej. Nie przypomina wszystkich innych polityków ogrzewających się przy sukcesach swoich reprezentacji. Ubrana w koszulkę z biało-czerwoną szachownicą, a nie w elegancki strój głowy państwa, wydaje się być blisko drużyny. Gdy tańczy z piłkarzami w szatni, nie wygląda na obcy element, a oni nie sprawiają wrażenia zawstydzonych lub zażenowanych jej obecnością, jak często bywa w podobnych przypadkach. Spontaniczność nie sprawia jednak, że zachowuje się niegodnie piastowanej funkcji. Po golach Rosjan zdawała się szczerze i z klasą gratulować Dmitrijowi Miedwiediewowi, rosyjskiemu premierowi. Z podobnie sympatycznej strony dała się zresztą już poznać wcześniej, choćby w 2016 roku w Krakowie, podczas mistrzostw Europy w piłce ręcznej. Ale nawet nad uśmiechniętą panią prezydent krąży duch, który towarzyszy chorwackiemu futbolowi właściwie od początku jego istnienia. Duch Zdravka Mamicia.

Dwóch szanowanych

Chorwacja w aktualnej drużynie mogłaby mieć wielu idoli, bo zespół Zlatka Dalicia obfituje w talent i zawodników, w których łatwo się zakochać. Powszechnym szacunkiem w kraju cieszy się jednak tylko dwóch zawodników: Ivan Rakitić i Andrej Kramarić. O ile ten pierwszy, to wybór dość oczywisty, jest w końcu jednym z najlepszych środkowych pomocników świata, a jako człowiek wychowany w Szwajcarii i nigdy niegrający w lidze chorwackiej, ominął afery toczące tamtejszy futbol, o tyle sympatia do napastnika Hoffenheim może zaskakiwać. 27-latek na wielki talent zapowiadał się od najmłodszych lat. Wychował się w Zagrzebiu i od najmłodszych lat był zawodnikiem Dinama. Strzelił dla tego zespołu w grupach młodzieżowych ponad 450 goli, co ponoć jest klubowym rekordem. Gdy wkraczał w dorosłość, w jego rodzinnym domu pojawili się ludzie z agencji menedżerskiej Mamicia, wszechwładnego prezesa Dinama. Zgodnie z przyjętym procederem, piłkarz miał podpisać kontrakt, w którym zobowiązywał się do oddawania części pensji do prywatnej kieszeni szefa. Stworzony układ był prosty: zawodnicy, którzy się na niego godzili, dostawali szansę promowania się w klubie śledzonym przez skautów z całej Europy. Otwierano przed nimi drzwi do wielkich karier. W zamian dzielili się częścią zarobków. Tak funkcjonowało Dinamo przez lata.

Trudna droga Kramaricia

Kramarić odmówił. Mimo wielkiego talentu, w seniorskiej drużynie praktycznie nie dostawał szans. Był wypożyczany do filialnej Lokomotivy Zagrzeb, w której spędził dwa dobre sezony. Po powrocie do Dinama, dalej był jednak pomijany. To w końcu jego ojciec publicznie zasugerował, że syn nie gra ze względu na to, że nie zgodził się na zasady proponowane przez kontrowersyjnego działacza. Kramarić został wystawiony na listę transferową, z czego skorzystała Rijeka. W półtora roku strzelił dla niej aż trzydzieści siedem goli, na co zwrócili uwagę skauci Leicester City. To dlatego Kramarić może tytułować się mistrzem Anglii, choć w sensacyjnym sezonie rozegrał jedynie dwadzieścia dwie minuty. Odżył dopiero po przenosinach do Bundesligi. W Hoffenheim w dwa i pół roku strzelił trzydzieści trzy gole i zaliczył dwadzieścia asyst. W maju „Kicker” wybrał go do jedenastki sezonu. Na tym mundialu trafił do siatki dwa razy, zdobywając choćby wyrównującą bramkę w ćwierćfinale z Rosją. Udowodnił wszystkim chorwackim piłkarzom, że karierę można zrobić nie tylko z Mamiciem, ale mimo niego. Za to jest w ojczyźnie szanowany ponad wszystkimi klubowymi podziałami.

Macki Mamicia

Pierwsze kontakty z Dinamem Mamić miał w latach 80., poprzez grupę kibicowską Bad Blue Boys. Drogę do samego klubu otworzyła mu jednak znajomość z trenerem Miroslavem Blażeviciem, który dostał pracę w zagrzebskim zespole. W trakcie wojny na Bałkanach Mamić uczestniczył w prywatyzacji firmy związanej z przemysłem drzewnym, z jego rodzinnego Bjelovaru. Podczas transakcji skarb państwa miał stracić czternaście milionów kun. Machlojki na dużą skalę rozpoczęły się jednak dopiero w branży piłkarskiej, do której Mamić oficjalnie wszedł w 2003 roku, zostając prezesem Dinama. Prawny poprzednik tego klubu, Croatia Zagrzeb, był zadłużony po uszy, więc znanym także w Polsce sposobem, założono nowy podmiot, bez żadnych długów. A Mamić, od 2004 roku także wiceprezes chorwackiej federacji piłkarskiej, stworzył macki, którymi oplótł cały tamtejszy futbol.

Kontakty menedżerskie

Zaczęło się od akademii, którą miasto Zagrzeb zbudowało klubowi. W Dinamie pracowali najlepsi trenerzy, a skauci ściągali młode talenty z całego kraju. Poprzez grę w europejskich pucharach, młodych zawodników pokazywano na arenie międzynarodowej i drogo sprzedawano za granicę. Jako nastolatkowie, piłkarze podpisywali umowy z agencją menedżerską Mamicia i jego brata Zorana, w których przekazywali im część dochodów z tytułu kontraktów. Podpisywali też dokumenty, które pozwalały Mamiciom przejmować część pieniędzy z transferów zawodników do zagranicznych klubów. Gdy więc Tottenham kupował z Dinama Lukę Modricia, nie wszystkie pieniądze trafiały do klubu. Spora część lądowała w kieszeni prezesa.

Kontrowersyjny działacz

To wiedza, którą mamy dziś. Przez lata Mamić funkcjonował jako niezwykle kontrowersyjny, barwny działacz, jakich jest kilku w tej części Europy. Można go porównać do znanego ze Steauy Bukareszt Gigiego Becaliego. Mamić obrażał dziennikarzy i ministrów, zachowywał się nieprzyzwoicie wobec kobiet, zwalniał trenerów, jednoosobowo rządził klubem, sprawiał, że praktycznie wszystkie młodzieżowe reprezentacje Chorwacji były wypełniane graczami Dinama, dostarczał skandali i kontrowersji. Kibice Dinama zaczęli go w pewnym momencie mieć dość i protestowali przeciwko jego rządom. Przeniosło się to później na mecze reprezentacji. Podczas Euro 2016, wielu fanów sabotowało poczynania drużyny, odpalając race i rzucając je na boisko. Mamić stał się uosobieniem wszystkiego, co złe w chorwackiej piłce. Patologii w tamtejszej lidze, wszechobecnego chaosu, niejasnych transakcji.

Suker stracił szacunek

W poważne tarapaty 59-letni dziś działacz wpadł pod koniec 2015 roku, gdy został aresztowany z zarzutami prania brudnych pieniędzy i oszustw podatkowych. Proces przeniesiono z Zagrzebia do Osijeku, zakładając z góry, że w stolicy nie byłoby szans na uczciwą sprawę, bo całe miasto i wszyscy sędziowie i tak byliby w garści działacza. Mamić musiał ustąpić z funkcji w zarządzie Dinama i w federacji. Prezesem piłkarskiej federacji został Davor Suker, była gwiazda reprezentacji Chorwacji, który jako działacz zepsuł sobie jednak w kraju nazwisko. Jest uznawany za człowieka Mamicia. Listek figowy dawnego systemu, który zamiast próbować odnowić chorwacką piłkę, utrwala dawny porządek.

Powiązania prezydent z Mamiciem

Podczas rozpraw zaczęły wychodzić na jaw fakty, które zatrzęsły nie tylko chorwackim futbolem, ale i całym krajem. Pokazały dobitnie skalę wpływów Mamicia. Jak się okazało, działacz Dinama to kolega prezydent Grabar-Kitarović, który finansował jej kampanię wyborczą. Był honorowym gościem inauguracji jej rządów. Organizował dla niej przyjęcia i obiady urodzinowe. Gdy został postawiony w stan oskarżenia, Grabar-Kitarović tłumaczyła, że nie miała pojęcia o nielegalnej działalności Mamicia, co zostało uznane za hipokryzję, wszak szemrane kontakty działacza przynajmniej od dwóch dekad były w Chorwacji tajemnicą poliszynela.

“Nie pamiętam”

Na procesie straciły też największe gwiazdy chorwackiej piłki. Nie wszyscy potrafili, jak Kramarić, nie zgodzić się na proponowane zasady gry. Wśród tych, którzy jako nastolatkowie podpisali podsuwane im pod nosy nielegalne kontrakty, były takie gwiazdy jak Dejan Lovren z Liverpoolu czy Luka Modrić z Realu Madryt. Obaj zeznawali w procesie Mamicia. Modrić długo nie ukrywał, że podpisywał takie dokumenty i że część pieniędzy z jego transferu z Dinama do Tottenhamu miała trafić do agencji menedżerskiej Mamiciów. Kwestią sporną było jednak kiedy dokumenty zostały podpisane. Prokuratura chciała udowodnić, że dokumenty były antydatowane. Czyli dopiero, gdy okazało się, że Tottenham zapłacił za piłkarza dwadzieścia jeden milionów euro, sporządzono umowę, z datą wsteczną, która nakazała przekazać część pieniędzy Mamiciom. To byłoby jawne działanie na szkodę spółki Dinama Zagrzeb. Wydawało się, że Modrić swoimi zeznaniami pogrąży znienawidzonego działacza. Na jednej z ostatnich rozpraw pomocnik Realu zeznał jednak, że nie pamięta, kiedy zostały podpisane dokumenty. Zdanie „nie pamiętam” przylgnęło do niego w ojczyźnie. Nawet podczas mundialu można zobaczyć w internecie zdjęcia chorwackich kibiców w koszulce reprezentacji z numerem Modricia i napisem „nie pamiętam”. Kibice mieli do zawodnika pretensje, że mając możliwość raz na zawsze wykluczyć z piłkarskich struktur Mamicia, który wyrządził tamtejszej piłce tak wiele złego, nie zrobił tego. Cała sprawa może się teraz odwrócić przeciwko zawodnikowi, bo po mundialu czeka go proces w sprawie składania fałszywych zeznań. W oczach fanów sporo stracił też Lovren. Wśród znalezionych dokumentów znalazły się dokładne instrukcje Mamicia względem Lovrena, dotyczące tego, jak ma zeznawać. Jak się okazało, piłkarz mówił podczas procesu niemal słowo w słowo to, czego od niego oczekiwano.

Mamić skazany

Gdy więc podczas mundialu w Rosji chorwaccy fani widzą strzelającego gole Modricia, wskakującego mu na plecy Lovrena, podskakującą Grabar-Kitarović i klaszczącego za jej plecami Sukera, mają mieszane uczucia. Ciężko się nie cieszyć z historycznych sukcesów reprezentacji, ale z drugiej strony obawiają się, że dobre wyniki przykryją afery i pozwolą zamieść sprawy pod dywan. Na początku czerwca Mamić został skazany w pierwszej instancji na sześć i pół roku więzienia za zdefraudowanie pieniędzy przy transferach Modricia i Lovrena do Tottenhamu i Olympique Lyon. Zoran Mamić, jego brat, Damir Vrbanović, dawny dyrektor Dynama i Milan Pernar, doradca podatkowy, zostali uznani za winnych wyprowadzenia z Dinama piętnastu milionów euro i niezapłacenie podatków w wysokości 1,2 mln euro. Wyrok nie jest jednak prawomocny. Vrbanović dalej pracuje w chorwackiej federacji jako prawa ręka Sukera. Żaden ze skazanych nie pojawił się w Osijeku na odczytaniu wyroku. Mamić przyjął obywatelstwo Bośni i Hercegowiny i obecnie przebywa w tym kraju. Jako że państwo nie należy do Unii Europejskiej, nie ma obowiązku wydać swojego obywatela Chorwatom. Po tym, jak został skazany, zadał bezczelne pytanie: „Jak Lovren i Modrić mają znaleźć siłę do reprezentowania Chorwacji na mundialu, po tym, co ten kraj im wyrządził?”. Jakby podniesienie ręki na Mamicia, było podniesieniem ręki na całą Chorwację.

Gorzki posmak sukcesu

Sukces z 2018 roku będzie miał więc dla Chorwatów gorzki posmak, którego pozbawiony był brązowy medal z 1998 roku. Tamta drużyna Blażevicia opowiadała historię kraju pełnego nadziei, który pojawił się dopiero na mapie, którego zawodnicy angażowali się w sprawę niepodległości i byli znakomitymi ambasadorami państwa na świecie. Tak wielki międzynarodowy sukces dawał Chorwatom nadzieję, że samodzielna rzeczywistość będzie dla nich tak świetlana. Dwadzieścia lat później wiedzą już, że niepodległość i demokracja to nie bajki, w których wszystko układa się idealnie. Nawet czołowi zawodnicy są zamieszani w niejasne interesy, więc nie mogą budzić takiej sympatii jak bohaterowie sprzed dwóch dekad. Opowiadając o pozostałych półfinalistach, mówimy o zorganizowanym, przemyślanym systemie. O Francuzach i ich Clairefontaine. O Belgach i systemie szkolenia. O Anglikach o napisanym od nowa pomyśle na szkolenie młodzieży, który przynosił im w poprzednich latach bezprecedensowe sukcesy w juniorskich reprezentacjach. O Chorwatach można mówić tylko w kontekście zmarnowanych szans. O sukcesie, który wyrósł w środku chaosu. O futbolu w zgliszczach. Jeśli o systemie, to szemranych powiązań, a nie szkolenia. Ale że na takim wątłym fundamencie też da się zbudować historyczny sukces, najlepiej zaświadczyli dwanaście lat temu Włosi. Wtedy także do finału dotarła Francja ze swoim zorganizowanym systemem szkolenia. Nie dała jednak rady Włochom, w których tuż przed mistrzostwami świata wybuchła gigantyczna afera korupcyjna. Przed turniejem także i tam obawiano się, że piłkarze w tej atmosferze nie będą umieli się zjednoczyć, a kibice im zaufać. Można się zastanawiać, co byliby w stanie osiągnąć Chorwaci, gdyby potrafili, jak Belgowie, zbudować zorganizowany, sprawiedliwy, przemyślany system szkolenia, skoro bez tego wszystkiego dochodzą do półfinału mistrzostw świata. Ale być może właśnie w tym tkwi ich sekret: bałkańska dusza zamknięta w systemie mogłaby się udusić.

Te wpisy Cię zainteresują:

Podziel się wpisem: