"Były dwa kluby, a Borussia była bardziej sexy". Moenchengladbach znów w latach 70

Póki co najpiękniejsza różnicą, jaką dostrzegam między południem Niemiec, które zjeździłem wzdłuż i wszerz, a Zagłębiem Ruhry, w którym stawiam pierwsze kroki, polega na krzyżowaniu się szlaków kibicowskich. Na południu kibice Bayernu rzadko podróżowali w jednym pociągu z kibicami Norymbergi, nie mijali się raczej z jadącymi na mecz fanami Stuttgartu i Hoffenheim. W Zagłębiu Ruhry jest inaczej. W jednym pociągu widzi się grupy kibiców różnych klubów. Kibice Kolonii jadący na mecz z Augsburgiem, przekomarzają się z fanami Moenchengladbach podróżującymi na spotkanie z Bayernem i życzą powodzenia fanom Dortmundu jadącym do Wolfsburga.

 Jako że niemieccy kibice są mistrzami pociągowego small-talku i nawiązywania krótkich znajomości, wychodzą przy tej okazji zabawne dyskusje. Wczoraj okazało się po raz kolejny, że nikt nie zna swojej drużyny lepiej niż jej kibice. Fani Kolonii jechali wczoraj na mecz z tkwiącym w strefie spadkowej bez żadnej nadziei, choć przecież ich drużyna była zdecydowanym faworytem. – Na sto procent przegramy. Z teoretycznie słabszymi od siebie zawsze przegrywamy – mówili. I przegrali.

 Im bliżej Moenchengladbach, tym w pociągu robiło się bardziej zielono-czarno i biało. Pierwsze wrażenia z miasta – rozczarowujące. To faktycznie dziura, znana tylko z tego, że ma dobry klub piłkarski. Dworzec główny budzi koszmarne skojarzenia z dworcem w Bytomiu, jednym z najgorszych miejsc w Polsce. Wybudowany 11 lat temu stadion powstał na przedmieściach, co dla mieszkańców pewnie jest wygodne, ale dla przyjezdnych bardzo niewygodne. Sam stadion z zewnątrz też nie zachwyca, ale Borussia budowała go w czasach, gdy była biedna i bardziej chodziło jej o to, by stadion był nowy i duży, a nie piękny. Nastrój pogarsza jeszcze konieczność biegania od Annasza do Kajfasza za akredytacją, która niby ma być, a jej nie ma. Gdy już w końcu jest, przy wejściu na stadion napotykam hasło: „Gęsia skórka wliczona w cenę biletu”. No, mam nadzieję.

 Najlepsze miejsce w Moenchengladbach to bezsprzecznie wnętrze Borussia-Park. To ono czyni z Borussii jeden z najbardziej klimatycznych klubów w Niemczech, który w latach 70. razem z Bayernem podzielił Niemcy ideologicznie. – Polityka, filozofia, sztuka, a czasem nawet i sport – cokolwiek wymagające klasyfikacji – można było sprowadzić do odpowiedzi na pytanie: Gladbach czy Bayern? – pisał Uli Hesse w książce „Tor”. Nikt tyle nie zrobił dla promocji Borussii w Polsce, co on.

 „Gladbach i Bayern: radykalizm czy racjonalizacja, rewolucja czy pragmatyzm. Jeśli była potrzeba, Bayern wygrywał 1:0. Bayern nigdy nie grał do upojenia, wygrywał w wyrachowany sposób. Młode źrebaki grały wolne od wszelkich oporów nieodparcie prąc do przodu”. To Helmut Böttiger, eseista. “Wszyscy reformatorzy, progresywiści trzymali z Borussią a nie z Bayernem. Uznawali ryzykowny uważajcie – nadchodzimy – futbol zespołu za kontynuację politycznych przemian przy użyciu piłkarskich środków”. To zdanie Holgera Jenricha. “Od chwili awansu do Bundesligi Źrebaki kultywowały lekkomyślny styl, który dawał im rekordowe zwycięstwa 11:0 z Schalke czy 10:0 z Neunkirchen, ale z drugiej strony także i porażkę u siebie z Bremą 0:7”. Tak pisał socjolog Norbert Seitz.

 Z tymi mitami Hesse rozprawiał się bezlitośnie: – Debata Bayern czy Gladbach nie miała nic wspólnego z futbolem. Oba zespoły często grały ładnie, zabawiając tłumy, a czasem nie. Bawarczycy prawdopodobnie nawet na początku byli nieco bardziej zaawansowani jeśli chodzi o umiejętność oszczędzania sił i mieli lepsze wyczucie czasu, ale działo się tak dlatego, że mieli po prostu więcej utalentowanych piłkarzy w składzie, a nie dlatego, że grali “racjonalnie” lub “pragmatycznie”. Takie rzeczy wymyślają socjologowie i politolodzy, gdy każe im się tłumaczyć kulturę popularną, podczas gdy rzeczywistość jest zazwyczaj znacznie prostsza. Były dwie drużyny, a Borussia była bardziej sexy. Różniły się jednym: elementem tragicznym, który miało Gladbach, a nie miał Bayern. To czyniło Gladbach sexy w stylu Jamesa Deana. Każdy wyczuwał, że ci piłkarze są w pewien sposób z góry skazani na porażkę, pechowi”.

 „Borussia była bardziej sexy”. I dalej jest. Atmosfera wczorajszego meczu pozwoliła poczuć namiastkę lat 70. Znów na stadionie było więcej kibiców niż miejsc, choć myślałem, że to się już w Niemczech nie zdarza. Nad ostatnim rzędem trybun, tuż pod dachem, stali poupychani kibice. Myślę, że w ten sposób spokojnie udało się powiększyć powierzchnię trybun o jakieś dwa tysiące miejsc.

 Trybuny w Moenchengladbach na pewno są jednymi z najgłośniejszych w Niemczech. W ogóle, co się tyczy kibiców, odnoszę wrażenie, że do Polski dociera przekaz nie do końca zgodny z rzeczywistością. Czytając i słuchając opowiadań, można dojść do wniosku, że kibice dortmundzcy dominują na trybunach Bundesligi tak, jak Bayern na jej boiskach. W rzeczywistości, najgłośniejsze miejsca w Niemczech, jakie słyszałem to Frankfurt (a słyszał ktoś kiedyś zachwyty nad kibicami Eintrachtu?) i Gelsenkirchen (tu swoje mógł zrobić zamknięty dach, który czynił ze stadionu wielką halę i potęgował tumult). Moenchengladbach jest w ścisłej czołówce. W Dortmundzie atmosfera jest oczywiście fantastyczna, ale we Frankfurcie, Gelsenkirchen czy Moenchengladbach nie jest ani trochę gorsza, a może nawet lepsza.

 Do lat 70. pozwolili też bardzo niespodziewanie wrócić piłkarze, którzy zagrali dokładnie taki futbol, jaki uwielbiam. Bardzo szybki, na olbrzymiej intensywności, ze świetnymi kontratakami i prostopadłymi podaniami. A przy tym nie zamurowali bramki. Andre Schubert przeżywa najlepszy trenerski start w historii Bundesligi. Pod względem piłkarskim, nic mnie już chyba lepszego w czasie tego wyjazdu nie czeka. Co ciekawe, identyczną, jak po golach dla Borussii ekstazę w Moenchengladbach wywołał gol dla Augsburga przeciwko Kolonii. Gol obwieszczony z głośników poprzez koński odgłos paszczą. Źrebaki w końcu.

 Borussia zdecydowanie oferuje gęsią skórkę w cenie biletu, Moenchengladbach już niestety nie. Spodziewałem się, że po rozbiciu Bayernu, miasto nie zaśnie i będzie długo świętować. W rzeczywistości, półtorej godziny po meczu, na ulicy nie można już było spotkać żywej duszy. Miasto żyje tylko, gdy gra Borussia. Bez futbolu byłoby tylko dziurą. Na szczęście, po 40 latach przerwy znów ma futbol na fantastycznym poziomie.

Te wpisy Cię zainteresują:

Podziel się wpisem: