Bochum. Trójkąt Bermudzki Zagłębia Ruhry

Trójkąt Bermudzki to na razie leitmotiv mojego wyjazdu do Zagłębia Ruhry. Bardzo niemądrze, przy starcie samolotu, czytałem w „Polityce” tekst o legendach, jakie wokół tego miejsca wyrosły. Nieważne, że autor ze wszystkimi bezlitośnie się rozprawiał, gdy siedzi się w samolocie, czytanie o znikających samolotach nie jest najlepszym pomysłem. Trójkąt Bermudzki powrócił, gdy szukałem, gdzie dokładnie znajduje się miejsce mojego noclegu w Bochum. W dzielnicy Trójkąt Bermudzki.

Mina zrzedła. Od momentu wyjazdu z Dortmundu kołatało mi w głowie, że może trzeba było zrobić z tego miasta bazę wypadową, zamiast cały czas się tułać. Zwłaszcza, że Dortmund wydawał się w miarę metropolitalny, otwarty, całonocny, podczas gdy Bochum w moich wyobrażeniach było sercem Zagłębia Ruhry. Takim odartym z turystycznej poprawności. Zagłębie Ruhry w czystej postaci. Czyli zamknięte huty, zamknięte kopalnie, otwarte blokowiska i włóczący się po ulicach po zmroku blokersi. Zarezerwować sobie dwa noclegi w takim mieście, w dzielnicy Trójkąt Bermudzki, ze swoją podróżną torbą i pociesznym wschodnim akcentem, to nie brzmiało jak najlepszy pomysł.

 Trójkąt Bermudzki okazał się kulturalnym centrum Zagłębia Ruhry. Z największą liczbą kawiarń, restauracji, pubów, barów i klubów nocnych na kilometr kwadratowy w całym regionie. Żyjącym 24 godziny na dobę. Do tego stopnia, że łatwiej trafić do otwartej restauracji o 4 nad ranem niż o 10 rano. Trójkąt Bermudzki żyje jak barcelońska Rambla, jak berlińska Unter den Linden, jak centra południowoeuropejskich miast. Przy Bochum, Dortmund jest nocą jak Zgorzelec. Nazwa Trójkąt Bermudzki pochodzi więc raczej nie od wysokiej przestępczości, ale od pochłaniających imprez. Wciągający jak Bangkok.

 Gdy Bochum już wybudzi się po imprezach w Trójkącie Bermudzkim, naciąga na szyje szaliki i idzie na mecz VfL. Idzie tak, jak w reklamie promującej Bundesligę w Eurosporcie, nic tu nie jest koloryzowane. Ze wszystkich zakątków miasta idą ze sobą starzy i młodzi, staruszki i nastolatki, skinheadzi i hipsterzy, długowłosi i łysi. Na stadionie też siedzą razem. Nie ma między nimi oddzielnych trybun. Babcie usłużnie dopingują, jak gniazdowy nakaże, a potem wyciągają słodycze i częstują nimi ultrasów. Piękne.

 O stadionie w Bochum głośno zrobiło się rok temu, gdy ZDF przygotowała paradokument, przedstawiający, co się działo z Christophem Kramerem w czasie finału mistrzostw świata. Reprezentant Niemiec na początku meczu z Argentyną doznał wstrząśnienia mózgu i przez pół godziny grał bez świadomości, ujawnił się dopiero dopytując sędziego czy to finał i został zmieniony. Koledzy Kramera z reprezentacji, Mueller, Lahm i Neuer na prośbę telewizji wkręcali pomocnika dalej, wymyślając niestworzone rzeczy, które miał im w trakcie meczu mówić. I Mueller wsadził Kramerowi w usta słowa: „Fajna tutaj atmosfera, na Ruhrstadionie”. Ruhrstadion, przemianowany dziś na rewirPower Stadion to właśnie siedziba VfL Bochum.

Fajna atmosfera? Potencjalnie pewnie tak. Akurat na meczu, na który trafiłem, niespecjalnie. FC Heidenheim nie przyciągnęło tłumów, podobnie jak słaba gra VfL w ostatnich tygodniach. Sportowo to klub porównywalny do GKS-u Katowice. Czyli historycznie przynależący do Bundesligi, uznawany za klub z tradycjami, ale bez wielkich, spektakularnych sukcesów, a obecnie tkwiący beznadziejnie głęboko w 2. Bundeslidze. Od spadku przed pięcioma laty, mimo wielkich ambicji, Bochum nie jest w stanie poważnie włączyć się do walki o awans. Blisko było właściwie tylko rok po spadku. VfL jest jedną z najdłużej nieprzerwanie grających w 2. Bundeslidze drużyn. Wydawało się, że w tym roku jest wreszcie szansa to zmienić. Bochum zaczęło świetnie, wygrywając pięć pierwszych meczów. Od wygranej 5:0 z Greutherem Fuerth na początku października, zespołowi nie wychodzi już nic, obsuwa się z pierwszych miejsc do środka tabeli. Zapowiada się kolejny zmarnowany sezon.

 Firmuje go holenderski trener Gertjan Verbeek, który w Niemczech pracował wcześniej w Norymberdze. Najpierw zdołał ją podnieść w pięknym, ofensywnym stylu, by później na kilka kolejek przed końcem zakończonego spadkiem sezonu, zostać zwolnionym.

 Verbeek to – jak dotychczas – mój najtrudniejszy rozmówca. Po konferencjach prasowych trenerzy często zostają w salach konferencyjnych, by w małych grupkach porozmawiać jeszcze z lokalnymi dziennikarzami. W norymberskich czasach Verbeeka poszedłem na taką nieoficjalną konferencję, a gdy dziennikarzom wyczerpały się już pytania, wkroczyłem z tematem Mariusza Stępińskiego, który nie mógł się wtedy przebić przez wiele miesięcy nawet do meczowej kadry. Verbeek wpadł w niewytłumaczalną wściekłość: „Odpowiadam tylko na pytania dotyczące dzisiejszego meczu i piłkarzy, którzy w nim grali!”. Na nic tłumaczenia i próby złagodzenia.

Pracowniczkom biura prasowego zrobiło się głupio, umówiły mnie na spotkanie z Verbeekiem innego dnia, by w spokoju porozmawiać o Stępińskim. Siedliśmy naprzeciwko. Musieliśmy wyglądać jak bokserzy w czasie ważenia. Nienawiść w jego oczach. Przerywanie w połowie słowa. Wkurzające czepianie się niuansów. Rozmowa wyszła ciekawa, ale na pewno nie była sympatyczna. To jak dotąd jedyny przypadek, jaki spotkałem, w którym ktoś ze świata piłki nie cierpi dziennikarza za sam fakt, że jest dziennikarzem.

 Po kilku nieudanych meczach, posada Verbeeka zaczyna być zagrożona. Frustrację w Bochum da się wyczuć w powietrzu. Jako że tym razem mecz nie nakładał na mnie żadnych obowiązków zawodowych, stwierdziłem, że to niepowtarzalna okazja, by obejrzeć go z perspektywy trybuny ultras, z miejscami stojącymi. Przepływ pomiędzy sektorami był zaskakująco swobodny, zagadnięta porządkowa zapewniła, że „ultrasi nie gryzą, byle tylko nie kibicować Heidenheim, bo to wioska”. Tym sposobem zostałem na 90 minut ultrasem Bochum. Proste przyśpiewki typu „Auf geht’s Bochum kämpfen und siegen!“, wyryłem szybko, te, których nie znałem, śpiewałem z bielskimi słowami, bo globalizacja. Wszędzie śpiewa się te same przyśpiewki.

Mogła im, tym cierpiącym bochumskim kibicom, Polska odpłacić za gościnność, z jaką mnie przyjęto. Niespodziewanie, po raz pierwszy od sierpnia na boisku pojawił się Piotr Ćwielong. Jego dotychczas jedyne trafienie w 2. Bundeslidze widziałem na żywo, w 2013 roku w Fuerth. Przemknęło mi przez myśl, że teraz zobaczę drugie. Za moimi plecami któryś z miejscowych też to poczuł: „Ćwielong (a właściwie /Cwilong/) na pewno strzeli!”. Zdziwiło mnie ta wiara, ale pewnie opierała się na zasadzie: „raz do roku to i Ćwielong strzeli”.

 Nie strzelił, choć w 90. minucie był sam na sam z bramkarzem. Bochum zremisowało z Heidenheim 1:1, miejsca premiowane awansem oddalają się coraz bardziej, zapowiada się dla VfL kolejny rok w 2. Bundeslidze. A mnie już nikt nie powie, że nie byłem w niemieckim młynie.

Po powrocie, okazało się, że w tym Trójkącie Bermudzkim coś jest. Hostelowy współlokator istnieje tylko teoretycznie, zostawił po sobie tylko porzuconą na środku pokoju torbę i zniknął wciągnięty przez Bochum na dwa dni. Porzuconą torbę omijam na paluszkach, bo kto wie, co tam w środku. Nie wybuchła pierwszej nocy od porzucenia, to chyba już nie wybuchnie.

Te wpisy Cię zainteresują:

Podziel się wpisem: