Zwiedzam Kraków, odcinek 3: Garbarnia

Czytelnicy „Z nogą w głowie” wiedzą, że rok temu rzuciło mnie do Krakowa. Miasta, za którym – wbrew większości – nie przepadałem. Bo mi się wydawało, że jest tylko wychuchane, że tylko w nim hejnał grają, na Wawel chodzą i Kościół Mariacki i Rynek i Sukiennice podziwiają. A ja wolę budzący respekt klimat Katowic, trochę starych fabryk z powybijanymi szybami i miejsca, gdzie nie wolno głośno śmiać się i za dobre mieć ubranie. Ale jakoś w tym Krakowie żyć trzeba było. Stwierdziłem więc, że jeśli mam się z nim pogodzić, muszę się z nim poznać od najbardziej intymnej strony.

 Tak oto powstał zaniedbywany haniebnie cykl „Zwiedzam Kraków”. Ambitny plan zakłada obejrzenie w ciągu pięciu lat wszystkich 39 klubów krakowskich w roli gospodarza. Jako że lubię się dzielić, spisywałem swoje wrażenia. Tak powstały rok temu pierwsze dwa odcinki – Hutnik Nowa Huta i Tramwaj Kraków. Dziś nadarzyła się okazja zwiedzić Garbarnię II Kraków.

Jeśli ktoś ma o Krakowie podobne wyobrażenie, jak ja miałem przyjeżdżając tutaj – mylicie się. Sprawdzam, gdzie też to rozgrywają mecze rezerwy Garbarni. „Rydlówka 23”. Hmm, super! Rydlówka, a więc chata Lucjana Rydla. Czyli Bronowice, wesele, chata, Wyspiański i piłka nożna. Świetnie. Srogo się myliłem. Nie Bronowice, tylko okolice Matecznego. Nie ładnie, a brzydko i nie Lucjan Rydel a skup złomu. Ulica Rydlówka to takie miejsce, które ma każde miasto. Ferszlus trzeba roztrajbować? Dawaj, na Rydlówkę, tu jest pełno firm, zajmujących się lochowaniem pufra. Handlujesz holajzami, tenderami, to umieszczają cię na tej ulicy. Siłą rzeczy jest więc bardzo brzydko. Garbarnia ma swoją siedzibę pośród złomowisk.

Trzeba od razu zaznaczyć, że to tylko rezerwy Garbarni grają na jej boisku, bo drużyna II-ligowa kopie na stadionie Wawelu. A dziś na Rydlówce święto, bo rywalem Prądniczanka Kraków. Mamy więc derby Krakowa w lidze okręgowej!

Na początek miłe zaskoczenie. Trzy boiska! Dwa treningowe, jedno główne, przy jednym z treningowych maszty oświetleniowe. Gorzej, gdy podejść bliżej – trudno stwierdzić, które bardziej nierówne. W swojej nieprzebranej ciekawości, zaczynam obchodzić obiekt dookoła. Jako że z trybun wyrasta różnego rodzaju flora, zaczynam się zastanawiać, czy to na tym obiekcie Garbarnia grała jeszcze w ekstraklasie. Jak się okazało – nie. Rydlówka istnieje dopiero od 1990 roku. 22 lata, a stadion wygląda jak ruina, jak nie przymierzając, boisko Ruchu Radzionków w Bytomiu-Stroszku. Nie do wiary. Idę dalej. Z krzaków tuż za stadionowym płotem żul rozpoczyna dzień, pociągając z szyjki dawnych wspomnień czar. Na „trybunie” za bramką biega niczym nieskrępowany doberman. Derbowa atmosfera 🙂

A jednak niektórych derby przyciągnęły. W porywach było nawet kilkadziesiąt osób. Sądząc po ich średniej wieku, prawdopodobnie połączone kadry Garbarni z lat 1929 i 1931, kiedy ta drużyna sięgała po wicemistrzostwo i mistrzostwo Polski. A wśród nich, najmłodszy, Marek Motyka, znany trener, który obecnie prowadzi Garbarnię i przyszedł zobaczyć jej bezpośrednie zaplecze.

Kto na boisku? Same zaskoczenia. W Garbarni… Ifenayi Nwachukwu. Nigeryjczyk. Zawsze mnie rozczula widok czarnoskórego zawodnika na pastwiskach klas okręgowych w Polsce. Brzdąc kopał na piachach afrykańskich i marzył by zostać drugim Viktorem Ikpebą, Georgiem Weahem, czy Patrickiem M’bomą. Słowem, wyjechać do Europy. No i masz babo placek. Europa, to w tym wypadku R23. Żeby było jeszcze R22, to można by mówić o karierze. Ale R23 dla Nigeryjczyka, to jest niestety zmarnowanie marzeń o podboju świata. Prędko przekonuje się dlaczego te marzenia zmarnował. Biega świetnie, skacze rewelacyjnie, niestety nie umie grać w piłkę, a do tego partnerzy się nad nim znęcają, cały czas mu ją podając. A on wyraźnie się jej bał. Tak sobie myślałem, patrząc na niego i obserwując, jak reagują na niego trybuny, że ściąganie słabych czarnoskórych jednak wzmaga rasizm…

On marnował sytuacje coraz bardziej niesamowite, a Prądniczanka strzeliła z karnego nogami Mateusza Jelenia. To zbieżność nazwisk z TYM Jeleniem, ale co uważniej śledzący polską piłkę mogą go kojarzyć wraz z bratem Kamilem, który też jest w kadrze zespołu. To niesamowite drogi karier, przy których przypomina mi się jeden z najlepszych filmów, jakie człowiek nakręcił, czyli „Przypadek” Kieślowskiego. W „Przypadku” Linda biegnie po peronie i próbuje złapać pociąg. Raz łapie, wskakuje do niego i zostaje komunistą (spory skrót, wybaczcie). Raz nie łapie, taranuje milicjanta, zostaje opozycjonistą. Raz nie łapie, nikogo nie taranuje i jest niezaangażowany politycznie. A potem ma lecieć do Paryża, na lotnisku spotyka ludzi, których widzieliśmy w jego otoczeniu gdy był komunistą i opozycjonistą. Na koniec samolot razem z nimi wybucha w powietrzu. Morał wyciągnijcie sobie sami. Ja przedstawię analogię filmu „Przypadek” do braci Jeleni z Prądniczanki Kraków. Starszy, Mateusz próbował robić karierę w Cracovii. Zagrał sześć epizodów w ekstraklasie, próbował się przebić, ale raczej bezskutecznie. Młodszy, Kamil próbował się przebijać w… Wiśle. Kariery też nie zrobił. A potem obaj skończyli w Prądniczance. Wniosek? Jak jesteś słaby, to czy pójdziesz trenować do Wisły czy do Cracovii, to i tak skończysz na Prądniku.

W czasie gry wyłapuję kilka ciekawych odzywek. Np. „Pany, grajcie coś!”. Zawsze to „Cracovia pany” wydawało mi się naciągane, bo kto normalny mówi „pany”. U nas się mówi „chłopy”. A jednak, w Krakowie niekoniecznie. Albo np. piłkarz krzyczy „Panie sędzio, ofsajd”. Ofsajd? Jeśli coś piszesz i starasz się uniknąć powtórzenia, to oczywiście wymyślisz, że można powiedzieć „ofsajd”. Ale żeby to komuś wyszło naturalnie, w czasie gry, w nerwach?! Trzeba się chyba pilnować, żeby nie powiedzieć normalnie „spalony”. To tak, jakby w złości autentycznie krzyknąć „kurka wodna”.

Po przerwie działać zaczyna statystyka. Nasz Nwachukwu za dwudziestą sytuacją zalicza świetną asystę. Chwilę później strzela gola. Nie sposób zmarnować wszystkich sytuacji, czasem się od piszczeli odbije do bramki, nie może wiecznie lecieć obok. Garbarnia II strzela dwa kolejne gole i wychodzi na prowadzenie 4-1. Prądniczanka już nie wierzy, więc robi się dość nudno. Na szczęście sytuację ratuje przyjście na trybuny trampkarzy Garbarni przygotowujących się do swojego meczu. „Jaaa, patrz, oni grają na liniowych!” – rozczulające. Na meczach dzieci rzadko kiedy jest więcej niż jeden sędzia, więc nawet obecność tak oczywistej i wręcz nielubianej zwykle osoby, jaką jest liniowy, zrobiła na nich wrażenie. Za chwilę jednak łaska pańska zaczyna jeździć na wiadomo czym. Sędzia coś źle gwizdnął, więc podniosło się „sędzia kalosz!”. Podobał się też młodym Nwachukwu. Ochrzcili go „Balotellim” i ci nieskażeni jeszcze poprawnością polityczną mówili o nim „Murzynek”, za co byli strofowani przez kolegów skażonych poprawnością polityczną. A to brzmiało przecież tak przyjaźnie.

Hitem wyjścia na Garbarnię pozostaje jednak zegar stadionowy. Co z tego, że nie działający, ale przypominający słynną Omegę z Cichej w Chorzowie. Nie wierzę, żeby ten zegar miał tylko 20 lat, musiał zostać na Rydlówkę przetransportowany z innego miejsca. Podejrzewam, że jest mniej znakomitym rówieśnikiem Omegi. Nie działa, ale wspaniale, że nikt nie decyduje się go demontować. Z takimi zegarami na stadionach, futbol był piękniejszy…

Te wpisy Cię zainteresują:

Podziel się wpisem: