Dlaczego Carlitos musiał odejść za bezcen

W “Desperado” Roberta Rodrigueza, Quentin Tarantino opowiada kawał, w którym klient obsikuje ladę, stołki, podłogę, telefon i barmana, a baran nie tylko się nie wkurza, lecz jeszcze z tego cieszy. To przypomina sytuację, w której znalazła się Wisła Kraków przy transferze Carlitosa do Legii Warszawa. Jak poinformowało Weszło.com, krakowianie dostaną za króla strzelców 450 tysięcy euro. Błąd nie został jednak przez zarząd Wisły popełniony w momencie przyjęcia oferty Legii. Wtedy było już za późno. Wisła była w takiej sytuacji, że skoro trafiła się propozycja, którą był skłonny przyjąć Carlitos, trzeba było z niej korzystać, by ratować licencję na ekstraklasę. Problem zaczął się wcześniej.

Nie wiem oczywiście jak wyglądały rozmowy miasta z władzami Wisły przez ostatnie dwa lata. Być może rzeczywiście toczyły się w klimacie pełnym zrozumienia i dobrej atmosferze, jak podkreślała zawsze prezes Marzena Sarapata. Przyglądając się jednak sprawie z zewnątrz, odnosiłem wrażenie, że klub zachowuje się arogancko. Wisła spłaca długi wobec Tele-Foniki, które są zabezpieczone kwotami z praw telewizyjnych. Dług wobec miasta rośnie. Wisła spłaca długi wobec swoich byłych serbskich piłkarzy. Dług wobec miasta rośnie. Wisła ma nowy autokar. Dług wobec miasta rośnie. Wisła podpisała ugodę z agencją UFA. Dług wobec miasta rośnie. Wisła zwolniła trenera, bo nie był dość dobry. Dług wobec miasta rośnie. Wisła, mając bardzo szeroką kadrę i krótką wiosnę przed sobą, ściągnęła dwóch kolejnych piłkarzy (Palcić, Mitrović) bez których spokojnie by się obeszła, ale chce walczyć o europejskie puchary. Dług wobec miasta rośnie. Wisła ściągnęła swojego trenera marzeń, o którym wiadomo, że nie jest tani. Dług wobec miasta rośnie. Rozstała się z tym trenerem po pół roku. Dług wobec miasta rośnie. Wisła zapłaciła pół miliona złotych za bramkarza, który w I lidze specjalnie się nie wyróżnia, mimo że ma trzech przyzwoitych bramkarzy, ale chce stawiać na młodych Polaków. Dług wobec miasta rośnie. Wisła chce rozbudowywać bazę treningową. Dług wobec miasta rośnie. Wisła chce przywrócić drużynę rezerw. Dług wobec miasta rośnie. Władze mówią, że celem są europejskie puchary. Dług wobec miasta rośnie. Wisła kupuje kamizelki GPS. Dług wobec miasta rośnie. Wisła, mając rozbudowany sztab szkoleniowy, godzi się na kolejnych dwóch współpracowników, by zawodnicy byli jeszcze lepiej prowadzeni. Dług wobec miasta rośnie. Wisła chce wydać pieniądze na kolejnego piłkarza (Rafał Augustyniak z Miedzi). Dług wobec miasta rośnie.

Oczywiście, że niektóre z powyższych wydatków to drobne kwoty, które nijak się mają do długów wobec miasta. Oczywiście, że niektóre z tych rzeczy zostały Wiśle zasponsorowane, zostały kupione za bezcen albo były naprawdę bardzo potrzebne i pilne. Oczywiście, że można uznać tę wyliczankę za wybiórczą i niesprawiedliwą. Ale gdybym był urzędnikiem miejskim, czytając to wszystko przez ostatni rok i słuchając doniesień, odniósłbym w końcu wrażenie, że Wisła nie traktuje mnie poważnie. Że ma pieniądze na dosłownie wszystko, tylko nie na dług wobec mnie. Że klub, który mówi mi, że jest taki biedny, że nie jest w stanie płacić, na każdym polu się rozwija.

Mając spore długi już w momencie przejęcia klubu, wiadomo było, że pewne kwoty trzeba będzie dzielić. Że w konkretnych miesiącach pieniędzy na koncie będzie za mało i że trzeba będzie wybierać, którego dłużnika spłaca się kosztem innych. Wyglądało to jednak tak, jakby miasto zawsze było na samym końcu. Kalkulowano, co w jakiś sposób można było zrozumieć, że miasto, ostatecznie, pogrozi palcem, ale nie pozwoli Wiśle zginąć. W końcu, gdy Wisła by zniknęła, to miasto zostałoby z problemem, czyli z dużym, drogim i niefunkcjonalnym stadionem, który stałby pusty. Więc Wisła nie dotrzymywała ustalonych terminów, a pieniądze najpierw zawsze dostawał kto inny. „Jesteśmy na siebie z miastem wzajemnie skazani” – mówiła prezes.

Doszło jednak do serii, niekorzystnych dla Wisły, zbiegów okoliczności. Akurat wygasała umowa na wynajem stadionu. Akurat do I ligi weszła Garbarnia Kraków, która potrzebowała stadionu. I której można było wynająć obiekt przy Reymonta, sprawiając, że nie będzie stał pusty (to oczywiście nie rozwiązuje z perspektywy miasta, finansowo, problemu stadionu, ale stanowi listek figowy, dzięki któremu można mocniej przycisnąć Wisłę: „jak to stadion bez Wisły będzie stał pusty?! Przecież jest Garbarnia!”). Akurat wszystkim w Polsce było wiadomo, że Wisła za jakiś czas dostanie pieniądze za Carlitosa, który jest łakomym kąskiem. Akurat zbliżają się wybory samorządowe, w jednostkach miejskich dochodzi do tarć, jedni urzędnicy pokazują innym, kto ma większą władzę i czyje słowo bardziej się liczy, a wszyscy bardzo chętnie pokazują podatnikom, że są twardzi i dbają o publiczne pieniądze. To były dla miasta idealne okoliczności, by uderzyć pięścią w stół. W urzędzie też pewnie zdają sobie sprawę, jak musieli kalkulować w Wiśle – ze sprzedaży Carlitosa część na pensje dla obecnych zawodników, część na nowego napastnika albo inne wzmocnienie, część na Jovanicia i Jovanovicia itd. Istniało spore ryzyko, że miasto dalej byłoby gdzieś na końcu kolejki. Mając możliwość przesunąć się na jej początek, zainterweniowało.

Wisła sprzedała Carlitosa za bezcen, bo została postawiona w sytuacji, w której z dnia na dzień musi zapłacić pięć milionów złotych. Gdyby każdy z nas znalazł się w sytuacji, w której musiałby znaleźć spore pieniądze z dnia na dzień, też pewnie sprzedałby nerkę. I to prawdopodobnie poniżej jej wartości. Gdyby, tak jak się umawiano, udało się przedłużyć umowę na starych warunkach, nie byłoby ryzyka, że Wiśle zostanie cofnięta licencja na grę w ekstraklasie. Z miastem można by się dogadywać jeszcze tygodniami, można by czekać do końca sierpnia na lepsze oferty za Hiszpana, negocjować z Legią i innymi klubami. W momencie, gdy dla całej Polski stało się jasne, że Wisła na gwałt potrzebuje pieniędzy, bo inaczej nie będzie miała gdzie grać, pozycji negocjacyjnej nie było już żadnej. Legia mogła zaoferować dobry kontrakt piłkarzowi i ochłapy Wiśle, a Wisła musiała się na to zgodzić. Bo nawet te ochłapy dają nadzieję przetrwania, której bez nich by nie było. Wisła nie może czekać do sierpnia, bo wiszą jej nad głową sprawy ważniejsze, niż to, że Carlitos został sprzedany za drobne. Czytaj: żeby jej miejsca w ekstraklasie nie zajęła Termalica. Nie można też pominąć kwestii umowy Carlitosa. Agent piłkarza twierdził, że Wisła przedłużyła ją w marcu niezgodnie z prawem, wszyscy inni twierdzili, że zgodnie. Wisła musiała jednak tak rozegrać sprawę, by nie iść z piłkarzem na konflikt. By – nawet wiedząc, że nie ma racji – go udobruchać i sprawić, że będzie zadowolony. Bo gdyby zdecydował się wnieść sprawę do FIFA, na rozstrzygnięcie trzeba by było czekać przynajmniej kilka miesięcy. Nawet gdyby ostatecznie FIFA przyznała Wiśle rację, byłoby dla krakowian za późno. Wisła potrzebuje pieniędzy już, a nie za kilka miesięcy.

Pretensje do zarządu Wisły trzeba więc mieć przede wszystkim za to, jak wyglądał poprzedni sezon. Jakby zapomniano, że aktualnie celem Wisły jest przetrwanie i wyjście na prostą, a nie prężenie muskułów i bicie się z najlepszymi. Wydawało się, że mając w pamięci lekcje z czasów Roberta Maaskanta i Stana Valckxa przez najbliższe sto lat nikt w Wiśle nie zaryzykuje finansowego zdrowia klubu dla wyników sportowych. Okazało się, że nie trzeba było na to nawet dziesięciu lat. To o tym pisałem w grudniu, krytykując zwolnienie Kiko Ramireza. Wisła nie była w zeszłym sezonie klubem, który było stać na to, by narzekać na styl i zajmowanie miejsca na skraju górnej i dolnej ósemki. Była klubem, który miał najtańszym możliwym kosztem utrzymać się w ekstraklasie, a każdą nadwyżkę przekazywać na odcinanie ciągnącego się ogona.

Zabrakło w tym wszystkim szczerego postawienia sprawy. Być może, gdyby zamiast komunikatów „budujemy wielką Wisłę Kraków!”, przekazano światu, że Wisła aktualnie znajduje się w bardzo trudnej, niezawinionej przez obecny zarząd sytuacji i uprzejmie prosi wszystkich kibiców o cierpliwość i wyrozumiałość, nikt w Mieście nie odniósłby wrażenia, że jest traktowany niepoważnie. Wisła podobny komunikat wydała. Miesiąc temu, ustami Arkadiusza Głowackiego. O rok za późno. Wtedy, kiedy aktualna sytuacja była już także winą obecnego zarządu.

Ten komunikat nie był jednak zapowiedzią zmiany retoryki na mniej mocarstwową i bardziej pokorną. Gdy miasto poinformowało, że nie podpisze nowej umowy na wynajem stadionu, Wisła w oficjalnym komunikacie pisała coś o „nieporozumieniu” i „braku przepływu informacji”. Czyli klub znów sprawiał wrażenie, jakby miał miejskich urzędników za idiotów, a sam nie rozumiał powagi sytuacji. Sprzedaż Carlitosa za bezcen odczytuję więc nie jako sygnał wariactwa zarządu, ale opamiętania się i zrozumienia, że żarty się skończyły. Że w pewnych sprawach przeszarżowano, że nie doceniono partnera biznesowego. I że trzeba ponieść tego konsekwencje, oddając króla strzelców poniżej jego wartości. To, mimo wszystko, w jakiś sposób pozytywny sygnał: ostrzeżenie dotarło do odbiorcy, zaczął akcję ratunkową.

Te wpisy Cię zainteresują:

Podziel się wpisem: